Sting

57th & 9th

Universal Music Polska 2016-11-12
Autor: Michał Balcer
Ocena:

Od ostatniej pop-rockowej płyty Stinga minęło już 13 lat. Nie znaczy to bynajmniej, że były frontman The Police przez ten czas próżnował. W tym czasie sięgnął po renesansową muzykę Johna Dowlanda („Songs From The Labyrinth”), gdzie dał upust swojej fascynacji lutnią, wydał album z zimowo – świątecznymi kawałkami („If On A Winter’s Night”), przearanżował swoje numery na orkiestrę („Symphonicities”) i oddał hołd swojemu rodzinnemu Newcastle nagrywając piosenki do musicalu „The Last Ship”, traktujące o upadłym już przemyśle stoczniowym w tym mieście. Poza tym na trasach koncertowych przypomniał sobie jak to było grać w najlepszej kapeli wszech czasów wraz z Andy’m Summersem i Stewartem Copelandem („Reunion Tour”) oraz wrócił do basu („Back To Bass”). 

Przyznaję, że wcale a wcale nie martwił mnie taki obrót sprawy. Zobaczyć The Police na żywo to jedno z moich najpiękniejszych koncertowych wspomnień, a krążkami które wymieniłem, Sting nie odcinał kuponów od zasłużonej sławy. Ale w końcu nadszedł czas wielkiej premiery płyty zatytułowanej „57th & 9th”. I nie rozczarowałem się, tak jak na przykład ponad dekadę temu albumem „Sacred Love”. 

„57th & 9th” nie jest pozycją wybitnie odkrywczą. To, co Sting zdecydował się tutaj umieścić, to moim zdaniem kwintesencja tego co stworzył podczas 40 lat swojej kariery, tak w warstwie muzycznej, jak i lirycznej. Weźmy choćby singlowe „I Can’t Stop Thinking About You” – nie jest to może nagranie na miarę The Police, ale bez dwóch zdań, jest równie energetyczne jak piosenki tego wspaniałego tercetu - solowo Sting jeszcze tak nie grał. „Petrol Head” z kolei niesamowicie przypomina mi „Demolition Man”, „Heading South On The Great North Road” i „The Empty Chair” brzmią jak numery z „Song From The Labirynth” (ten narracyjny wokal), a „If You Can’t Love” ma klimat pierwszych samodzielnych wydawnictw basisty. Ponadto artysta, jako znany aktywista działający na rzecz ekologii, w „One Fine Day” apeluje o zaprzestanie niszczenia środowiska naturalnego. A propos wspomnianego wyżej „The Empty Chair” – to utwór inspirowany historią amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya, który został zamordowany przez ISIS. Ot cały Sting – rock, pop, jazz, miłość, ekologia i polityka. Brakuje tylko, jakże obecnego dawniej w jego muzyce, reggae. 

Najnowszy album Stinga zapamiętam przede wszystkim ze względu na dwa kawałki. Pierwszym z nich jest przepiękne „Inshallah”. Z jednej strony jest ono podobne do „A Thousand Years” – niby nic się w tej piosence nie dzieje, ale ma w sobie coś hipnotycznego i wprowadza słuchacza w trans. Co więcej zdradza także fascynację Stinga muzyką Bliskiego Wschodu (kto jeszcze pamięta „Desert Rose”?). Sam utwór to nawiązanie do muzułmańskiej modlitwy. Warto zwrócić uwagę również na „50,000” – ta kompozycja powinna otwierać koncerty na dużych obiektach – wstęp jest iście stadionowy, a dalej Sting w przejmującym tekście śpiewa o wielkich muzykach, których pożegnaliśmy w tym roku.  

„57th & 9th” nie każdemu przypadnie do gustu od pierwszego przesłuchania. Temu albumowi trzeba dać kilka szans na odkrycie kolejnych smaczków. Nie jest to z pewnością najlepsza płyta poprockowa tego roku – tą już w styczniu został „Blackstar” Bowiego (i jest poza jakąkolwiek konkurencją, nie tylko ze względu na okoliczności w jakich się ukazał). Nie mam jednak żadnych wątpliwości co do tego, że Sting po latach niesamowitych eksperymentów udanie wrócił do ‘swojego’ standardowego grania.