Meller/Golyzniak/Duda

Breaking Habits

Rock Serwis 2016-11-18
Autor: Grzegorz Furlaga
Ocena:

Na początek wyjaśnienie – nie należę do grona osób, które rozpływają się nad fenomenem Riverside, o Quidam nie wspominając. Jednak zgłaszając się do recenzji tego krążka pozwoliłem po raz kolejny dać się życiu zaskoczyć...

Supergrupy mają to do siebie, że albo totalnie zaskakują świeżością, lub co gorsza do zmęczenia zjadają swój ogon pod niezliczonymi personalnymi wcieleniami. Pierwszy rzut oka – czas trwania krążka: 43 minut, 8 indeksów. Oprócz zwykłych piosenek w liczbie 6, dostajemy dwie kompozycje instrumentalne. Całość nagrana na setkę, podczas spotkań zapoczątkowanych w listopadzie 2014 roku.

Otwierający krążek Birds of Prey wstępnie definiuje dalszą zawartość. Świeżo, bardzo rytmicznie i nie-polsko. Tak w skrócie można opisać Breaking the Habbits. 

Pierwsze skojarzenie to Jimi Hendrix Experience. Słychać, że bębniarz ma coś do powiedzenia – tu i ówdzie wplata swoje trzy grosze. Motoryka sekcji i groove`ująca gitara. I to brudne brzmienie. Rozpędzona lokomotywa zwalnia pod koniec, dając chwilę wytchnienia – w finale wracając do początkowego motywu. Świetny numer na koncerty. Mam nadzieję, że na żywo będzie nam dane usłyszeć bardziej rozimprowizowaną wersję. Ponad 5- minutowy lot prosi się o więcej. 

Feet on the desk – ma w sobie coś z ducha Porcupine Tree (motyw gitarowy zagrany slide), ale słodycz równoważy wspomniane hendrixowskie naleciałości. I ta wszechobecna surowość. W porównaniu do poprzedniczki – mamy tu do czynienia z bardziej piosenkową formą, która znów odlatuje pod koniec (posłuchajcie tego mieszania na bębnach…). Że nie jest prosto i z górki – to najlepsza recenzja Shapeshifter. Klasyfikujący się do nucenia pod prysznicem, dzięki rytmicznym zabiegom – nie pozwala się tak łatwo zaszufladkować. Breaking Habbits to pierwszy utwór instrumentalny – można powiedzieć - wizytówka instrumentalistów. Przypomina mi to, co kiedyś zespół Kury pod wodza Tymona Tymańskiego robił na żywo. Jestem troszkę rozczarowany, że po 5 minutach kompozycja urywa się…jakby się jeszcze dobrze nie rozpoczęła. Zaczynam mieć podejrzenia, że to jest główne zadanie tego krążka – rozbudzić chęć na więcej. Zaciągnąć na koncert – muzycy o tak szerokim spektrum wyobraźni dźwiękowej, dadzą się ponieść.

Against the tide – wolniejszy i klimatyczny. Ten numer jako jedyny nie pasuje mi w tym zestawieniu. Przyzwyczaiłem się do swoistej motoryki. Na szczęćcie następujący po nim Tattoo odrabia straty. Kojarzy mi się…z Nickelback (przepraszam). W kwestii zadatków na hymn i powinowactwo do podskakiwania zgromadzonej gawiedzi - porównanie do Kanadyjczyków.

Floating over to najdłuższa kompozycja na tym krążku. Kolejny raz skojarzenia przywołują najsłynniejszy projekt Stevena Wilsona, z najmocniejszymi momentami charakterystycznymi. Popowa melancholia ustępuje psychodelicznemu lotowi…który po raz kolejny urywa się. Into the wild to taki bardzo amerykański – luzacki numer, jaki znamy z hard rocka lat 70. Instrumentalny….

Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie ten materiał. Nie jest nachalny w swojej zawartości i nikt tutaj niczego nie udowadnia. Luzackie spotkanie dobrych znajomych, którzy postanowili sobie pograć – bez większej napinki. Zarejestrowany materiał pozostawia niedosyt. Czekam na koncerty – jak wspomniałem wcześniej – ten materiał prosi się o rozwinięcie w dłuższych formach.