Airbourne w Krakowie – odważny ("gutsy") rock’n’roll bez hamulców!
- 29 August, 2026
- Piotr "Bobas" Kuhny
26 sierpnia 2026 roku Klub Studio w Krakowie zamienił się w prawdziwą świątynię ciężkiego rock’n’rolla. Airbourne przyjechali do Polski w ramach trasy Gutsy, a przed ich występem publiczność rozgrzewał polski zespół Sick Saints.
Zanim na scenie pojawili się hardrockowcy z krainy kangurów, sceną zawładnęli nie do końca zdrowi "święci". No przecież z takim image'em scenicznym coś im musi dolegać. Sick Saints to polski zespół, który w ostatnich latach zdążył już nabrać koncertowego doświadczenia i wybrany został jako suport nieprzypadkowo- ich melodyjny "brutalglam" idealnie wpada w ucho miłośnika hard rocka nie pozwalając nogom na bezczynność. Co do chorób na które cierpią, to na pewno nie jest nią brak umiejętności gry na instrumentach. Jak to w rocku bywa "rządzi" gitara dzierżona przez lidera i założyciela zespołu, Mighty Mike'a. Jakby jednak komuś gitary było mało, to obecnie na letniej trasie zespół wspiera Arek Kluczewski, a możecie mi wierzyć, to prawdziwy wirtuoz sześciu strun! Trzeba przyznać, że jako przystawka przed daniem głównym wypadli bardzo smakowicie!
Krótka przepinka i o 21:00 zrobiło się naprawdę głośno. Airbourne wyszli na scenę by udowodnić, że czysty, bezkompromisowy rock’n’roll ma się świetnie! Bracia Joel i Ryan O’Keeffe nie biorą jeńców i za nic mają dobrostan ich słuchu - ściana podwójnych wzmacniaczy Marshalla nie została przywieziona do Krakowa przypadkowo. Australijczycy od początku swojej działalności konsekwentnie grają według prostej zasady: głośniej, szybciej i bardziej bezpośrednio. Nie próbują reinventować hard rocka. Zamiast tego biorą wszystko, co najlepsze w tradycji australijskiego rock'n'rolla — riff, prosty refren, potężną sekcję rytmiczną, charyzmatycznego frontmana i kontakt z publicznością — i podkręcają każdy z tych elementów do granic możliwości. Set otworzyło „GUTSY” (będące również tytułem całej trasy). Potem od razu „Too Much, Too Young, Too Fast”, a następnie „Hungry” i „Back in the Game”. Już sam początek pokazuje, jak została skonstruowana setlista: bez ballad, bez dłuższych przestojów, 100% hard rocka w hard rocku! Oczywiście nie zabrakło "znaku firmowego zespołu" czyli latających drinków z Jacka Danielsa z colą rzucanych publice wprost ze sceny oraz schładzanie rozentuzjazmowanych fanów piwną pianą. Na scenie mieliśmy ponownie kogoś "sick" o Joelu O’Keeffe można spokojnie powiedzieć, że na scenie dopada go szaleństwo: biegał po scenie bez koszulki, skakał, wchodził w bezpośrednią interakcję z tłumem, schodził ze sceny by być bliżej fanów...
To był klasyczny airbournowy nokaut. Cóż chyba najlepiej zespół podsumuje utwór, którym zakończyli swój występ: „Runnin' Wild". To był czysty dziki rock! Szkoda, że koncert trwał tylko 85 minut, ale z drugiej strony przy tej intensywności raczej trzeba się zastanowić, jak ci nie najmłodsi przecież gentlemani wytrzymują granie przez prawie półtorej godziny w takim tempie?.
Mamy nadzieję, że ten opis i nasze zdjęcia pozwolą Wam poczuć atmosferę tego wieczoru. Dziękujemy Live Nation Polska za możliwość przypomnienia sobie, za co kochamy hard rock.