Cisza przed burzą - Warm Up Day na Mystic Festival 2026

  • 09 June, 2026
  • Michał Paterek

Festiwalowe bramy otwarły się równo o 15:00 i po raz ostatni weszliśmy na teren Stoczni Gdańskiej, by w industrialnym otoczeniu przez cztery dni celebrować muzykę metalową. Chwilę po otwarciu bram stały już długie, wijące się kolejki do punktów ze sprzedażą festiwalowego merchu. Nie bez powodu cieszy się on dużą popularnością - każdy chce mieć swoją pamiątkę z Mystica. Sam szybko ustawiłem się w kolejce po kolejną festiwalową koszulkę do kolekcji. Merch kusi również bogactwem wzorów i produktów oraz naprawdę solidną jakością.

Niecałą godzinę później na scenę wchodził pierwszy zespół. W tym roku brytyjskie Blackgold otwierało festiwal na scenie Desert. Nu metal z silnymi wpływami rapu i hip-hopu doskonale rozbujał pierwszych festiwalowiczów. Zespół kipiał energią, dodatkowo zachwycając złotymi maskami, które dodawały tajemniczości i spajały czarno-złotą estetykę grupy.

Po zejściu Blackgold ze sceny tłum wyemigrował na główną scenę dnia rozgrzewkowego - Park Stage, którą otwierało Bloodfeather, zwycięzca estońskiej odsłony konkursu Road To Mystic. Zagrali oni poprawny metalcore, jednak bez większych fajerwerków. Na uwagę zasługuje duża charyzma wokalisty zespołu. Cieszy, że zagraniczne zespoły również w formie konkursowej dostają szansę na pokazanie się przed szerszą publicznością, co zawsze jest dużym krokiem w rozwoju, nawet jeśli otwierasz pierwszy dzień festiwalu.

Bieganie między scenami Desert i Park dopiero się rozkręcało, bowiem nieco z obowiązku, a nieco z sentymentu udałem się na koncert Frontside, który jest świeżo po wydaniu nowej płyty i trasie koncertowej po Polsce. Kapeli przedstawiać nie trzeba, trzeba za to podkreślić, że z całego Warm Up Day byli oni zdecydowanie jaśniejszym punktem programu. Jak na wczesną porę ludzi przyszło naprawdę sporo. Zespół konsekwentnie, bez zbędnych przerywników, odgrywał brutalny set, mieszając nowe utwory ze starymi klasykami i bawiąc się przy tym ewidentnie świetnie, jak na polskich wyjadaczy sceny metalowej przystało.

Szybka zmiana lokalizacji ponownie na Park Stage, gdzie zadrżała ziemia. Kublai Khan TX, przybysze z Teksasu, nie szczędzili środków i basu podczas odgrywania potężnych breakdownów. Nie zdziwiłbym się, gdyby mieszkającym w sąsiadującym ze sceną Park bloku trzęsły się szyby. Publiczność była zdecydowanie zaangażowana w proces tworzenia mikrotrzęsienia ziemi, formując duży moshpit i ścianę śmierci.

Powrót na Desert Stage miał być odmianą. Weterani gatunku zza Bałtyku - Grave - rozpoczęli deathmetalową siekę na dobrze już zaludnionych terenach stoczni. Klasyczna brutalność i ciężkie wokale zwiastowały silną obecność death metalu, której mieliśmy doświadczać podczas całego festiwalu.

Krótko po rozpoczęciu koncertu przez Grave pierwszy raz tego dnia udałem się do klubu B90, który na potrzeby Mystica przemianowany został na Sabbath Stage, gdzie właśnie wchodziła na scenę rodzima formacja Damnation, koncertująca ponownie od 2013 roku po blisko dziesięciu latach przerwy. Okazuje się, że mimo przejść i przerw zespół jest w formie i prezentuje dobrej jakości death metal z, w moim odczuciu, blackmetalowym klimatem całego show.

Po wyjściu z B90 trafiłem na znajdującą się naprzeciwko najmniejszą scenę festiwalu - The Void, gdzie właśnie trwał koncert H.exe, zespołu tworzącego muzykę, która łączy elektronikę z ciężkimi brzmieniami, przy czym warstwa elektroniczna zdaje się przeważać. Warto było jednak poświęcić chwilę i dać szansę czemuś nieznanemu do tej pory.

Nie trwało to jednak długo, gdyż właśnie zaczynał się mocniejszy punkt programu dnia rozgrzewkowego na Park Stage - wchodzili Six Feet Under. Zarówno powolne, ciężkie niczym spadająca stal riffy, jak i brutalny wokal Chrisa Barnesa wylewały się na stojących przed Park Stage fanów. Ponieważ koncert nie nakładał się z żadnym innym, dałem sobie chwilę wytchnienia i wsłuchiwałem się, jak doomowe partie przeplatają się z szybkimi, agresywnymi zagrywkami gitar o mocno obniżonym środku. Na koniec koncertu miała miejsce również miła niespodzianka dla wszystkich fanów tego typu brzmień, gdyż zespół odegrał dwa klasyki Cannibal Corpse.

Powoli zaczynało zmierzchać, a ja udałem się do hali B90, aby kontynuować przygodę ze szwedzkim death metalem w postaci Unleashed. Szwedzi nie brali jeńców i z impetem wyrzucali kolejne utwory jak z maszynki do mięsa. Nie mogłem jednak pozostać tam długo, ponieważ na scenie The Void rozpoczynał się koncert, który mógł być wyciszeniem i katharsis w jednym. A.A. Williams w skromnym składzie muzyków raczyła pięknymi, atmosferycznymi dźwiękami, z wdziękiem wplatając co jakiś czas cięższe partie muzyczne pomiędzy liryczne opowieści w otoczeniu stoczniowych żurawi. Bardzo pozytywne zaskoczenie i możliwość zbliżenia się do muzyki w inny sposób.

Przed nami został ostatni koncert na scenie Park - demonicznie teatralny występ formacji Ice Nine Kills. Chociaż w osobistym odczuciu muzyka ta jest mocno chaotyczna i niekoniecznie porywająca, mam wrażenie, że tutaj osobno należy traktować muzykę, a osobno to, co zespół robi na scenie. Przebieranki, aktorzy, rekwizyty, scenografia - wszystko wyjęte niczym z klasyki horrorów. Praktycznie co utwór na scenie dokonywano mordu w nieco groteskowym stylu i z użyciem masy przeróżnych narzędzi - noży, siekier, łopat, pił mechanicznych, tasaków i tym podobnych. Świetnej atmosfery dodawały też wstawki pomiędzy utworami wyświetlane na ekranie, rodem z amerykańskich dokumentów o mordercach czy starych horrorów. Koncert był angażujący i przyciągał uwagę, bo cały czas zastanawiałeś się - co wydarzy się jako następne?

Na deser pozostał ostatni koncert na Desert Stage - inspirowany czasami I wojny światowej Kanonenfieber. Niemcy rozbudowali swoją oprawę o armaty, zasieki i dużą ilość pirotechniki, odrabiając lekcje od pokrewnych im stylistycznie Sabatonu czy Rammstein. Muzykom towarzyszyły czarne maski i mundury z właściwego okresu. Muzycznie również dali radę. To nie typowy dla tej tematyki power metal czy podobne epickie brzmienia - tutaj mamy do czynienia z czymś pomiędzy death a black metalem.

Z jednym przymkniętym okiem skrótem przez jedną z hal stoczni udałem się na ostatni dostępny tego dnia koncert - projekt Priest. Zaintrygował mnie fakt, że są to byli muzycy Ghost, tworzący muzykę elektroniczną o mrocznym klimacie. I rzeczywiście tak było. Dwóch muzyków zajmowało miejsca przy syntezatorach, natomiast wokalista śpiewał i tańczył jak w transie na deskach sceny Sabbath. Uwagę znów przykuwały maski, a przy specyficznym oświetleniu często jedynym dobrze widocznym elementem była czerwona lampka wmontowana w miejsce oka w masce wokalisty.

Dzień rozgrzewkowy był solidny, uczciwy, ale bez fajerwerków. Oferował ciekawe doznania i pozwalał na muzyczne odkrycia oraz eksplorację terenów festiwalu. Różnorodność muzyczna była mocną stroną Warm Up Day 2026, lecz prawdziwe uderzenie miało nadejść wraz z otwarciem Main Stage następnego dnia.

Dziękujemy Mystic Coalition za możliwość relacjonowania tego wydarzenia.


Do "przewijania" zdjęć należy używać znaczników w dolnej części ramki (telefon, komputer) lub strzałek (komputer).



Cisza przed burzą - Warm Up Day na Mystic Festival 2026" data-numposts="5">

Nadchodzące wydarzenia