Cryptopsy roznieśli krakowski Hype Park
- 02 August, 2026
- Piotr "Bobas" Kuhny
Cryptopsy, Terror, Vulvodynia — Hype Park, Kraków, 30 lipca 2026 r.
Są koncerty, po których długo analizuje się niuanse repertuaru, produkcję sceniczną i proporcje między poszczególnymi instrumentami. Są też takie, po których człowiek przede wszystkim sprawdza, czy nadal słyszy i czy wszystkie kości pozostały na swoim miejscu. Krakowski występ Cryptopsy należał zdecydowanie do tej drugiej kategorii — choć sprowadzanie go wyłącznie do brutalnej siły byłoby krzywdzące. Kanadyjczycy pokazali bowiem, że najbardziej ekstremalny death metal może być jednocześnie chaotyczny, precyzyjny i niemal matematycznie uporządkowany.
Koncert odbył się w czwartek, 30 lipca, w krakowskim Hype Parku dokąd zaprosił nas Winiary Bookings. Główną gwiazdę poprzedziły południowoafrykańska Vulvodynia oraz amerykański Terror. Wieczór reklamowano między innymi jako celebrację trzydziestolecia albumu „None So Vile”, jednej z najważniejszych płyt w historii brutalnego i technicznego death metalu.
Rolę otwierającego powierzono Vulvodynii, ale określenie „rozgrzewka” szybko okazało się zdecydowanie zbyt łagodne (szczególnie biorąc pod uwagę panującą w klubie temperaturę). Zespół z Republiki Południowej Afryki od pierwszych minut połączył slamową ciężkość, deathcore’owe załamania rytmu i brutalny death metal w zwartą ścianę dźwięku.
Muzycy nie potrzebowali długiego budowania napięcia. Breakdowny spadały na publiczność jeden po drugim, a pod sceną niemal natychmiast pojawiły się pierwsze młyny oraz wall of death. W występie Vulvodynii nie chodziło o stopniowanie emocji — grupa od razu ustawiła wszystkie parametry na maksimum.
Była w tym muzyczna bezpośredniość: ciężar riffów, niski wokal i rytm zaprojektowany tak, by wprawić w ruch całą przestrzeń przed sceną. Jednocześnie był to dobry wstęp do późniejszego występu Cryptopsy. Vulvodynia reprezentuje bowiem pokolenie ekstremalnych zespołów, które wiele zawdzięcza pionierom technicznego i brutalnego death metalu, ale przetwarza ich wpływy przez współczesną estetykę slamu i deathcore’u. Niestety dotarliśmy na miejsce zbyt późno by móc podzielić się z Wami zdjęciami Mayi Pobst, z ekipą.
Po deathmetalowym uderzeniu charakter wieczoru na moment się zmienił. Terror nie próbował konkurować z pozostałymi wykonawcami liczbą nut ani poziomem technicznego skomplikowania. Formacja z Los Angeles postawiła na to, co od ponad dwóch dekad stanowi jej największą siłę: krótkie, zwarte kompozycje, rytmiczne przyspieszenia i całkowite zniesienie granicy między sceną a publicznością.
Scott Vogel prowadził koncert nie tyle jak klasyczny frontman, ile jak przywódca hardcore’owego zgromadzenia. Zachęcał do ruchu, wyciągał w stronę publiczności mikrofon i stale podtrzymywał napięcie. Circle pity, stage diving i wspólnie wykrzykiwane fragmenty utworów sprawiły, że temperatura w Hype Parku wzrosła jeszcze przed wejściem głównej gwiazdy. Niestety chyba panujący upał spowodował, że jego wezwania namawiające do "wizyt na scenie" i stage divingu pozostały bez odpowiedzi (spójrzcie na poprzednią relację z wizyty Terror w krakowskim Kwadracie). Sam Scott, ku rozpaczy naszego fotografa, też nie wzbijał tym razem w powietrze...
Terror pasował do tego zestawu właśnie dzięki kontrastowi. Po gęstych, nisko strojonych konstrukcjach Vulvodynii hardcore Amerykanów brzmiał bardziej surowo i bezpośrednio. Była to muzyka oparta na wspólnocie, fizycznym uczestnictwie i reakcji tłumu. Zamiast biernego oglądania — nieustanny ruch.
Gdy na scenie pojawili się Cryptopsy, nastąpiła kolejna zmiana języka muzycznej przemocy. To, co wcześniej było przede wszystkim ciężarem i energią, zostało zastąpione przez oszałamiającą gęstość rytmiczną. Kanadyjczycy pokazali różnicę między graniem po prostu szybko a pełnym kontrolowaniem ekstremalnego tempa.
Matt McGachy na wokalu dowodził całości z niespożytą energią, z łatwością przeskakując między klasykami sprzed trzech dekad a nowszym materiałem. Wykonanie utworów z „None So Vile” brzmiało świeżo, a jednocześnie zachowało ten surowy, niepokojący charakter, który w 1996 roku wstrząsnął światem death metalu.
Flo Mounier za perkusją to wciąż zjawisko niemal nadludzkie. Jego gra na perkusji nie przypominała zwykłego utrzymywania rytmu. Był to nieustanny, wielowarstwowy strumień blastów, przejść i nagłych zmian akcentów. Mimo prędkości każdy element pozostawał czytelny. Całość dopełniały miażdżące riffy Christiana Donaldsona i dudniący bas Oliviera Pinarda.
Największe emocje wzbudzały oczywiście utwory z wydanego w 1996 roku „None So Vile”. Płyta pozostaje jednym z fundamentów brutalnego death metalu: albumem, na którym techniczna biegłość nie złagodziła muzycznej agresji, lecz uczyniła ją jeszcze bardziej nieprzewidywalną. Niemniejkrakowski koncert pokazuje, że Cryptopsy nie stali się zespołem odgrywającym własną historię. Materiał z „None So Vile” pozostawał osią występu, ale obok niego pojawiły się utwory reprezentujące współczesne oblicze grupy. Najnowszy album „An Insatiable Violence” potwierdza, że Kanadyjczycy nadal rozwijają swoje brzmienie, zamiast ograniczać się do jubileuszowych tras.
Różnica stylistyczna pomiędzy Vulvodynią, Terrorem i Cryptopsy okazała się atutem całego wieczoru. Pierwsi przynieśli slamowy ciężar i nowoczesny deathcore, drudzy — hardcore’ową wspólnotę i fizyczną energię, natomiast gwiazda wieczoru połączyła brutalność z niemal niewiarygodną dyscypliną wykonawczą.