Deep Purple w Łodzi – legenda rocka i kilka pokoleń pod sceną

  • 10 October, 2026
  • Michał Paterek

Są zespoły, których nie trzeba nikomu przedstawiać. Wystarczy kilka pierwszych dźwięków, by przypomnieć sobie, dlaczego na stałe zapisały się w historii rocka. Deep Purple w łódzkiej Atlas Arenie udowodnili, że mimo upływu lat wciąż mają w sobie sporo energii, a ich muzyka potrafi przyciągać kolejne pokolenia słuchaczy.

Z perspektywy młodego człowieka obserwowanie obecnie legend hard rocka na żywo bywa doświadczeniem nieco surrealistycznym. Na scenie kilku pociesznych rockowych weteranów o srebrzystych włosach, wiekiem przewyższających moich własnych dziadków, a w ich rękach instrumenty, na których wygrywają kolejne imponujące, złożone partie. Trudno było nie docenić energii muzyków, szczególnie gdy spojrzy się na ich wieloletnią karierę. Ian Gillan również pokazał, że wciąż potrafi poradzić sobie z wymagającymi wokalnie partiami swoich utworów.

Zespół niedawno rozpoczął europejską trasę koncertową promującą swój najnowszy album Splat! Tego wieczoru zatem mogliśmy usłyszeć stare szlagiery jak i całkiem sporo nowego materiału, który tak dobrze wpasowywał się w setlistę, że stanowił płynną całość ze starszymi kompozycjami, co było miłym zaskoczniem. Nie zabrakło klasyków takich jak Highway Star, Lazy, Black Nights czy Perfect Strangers. Kiedyś słyszałem metaforę pewną metaforę: “piękna jak wejście perkusji w Stairway to Heaven”, myślę, że spokojnie możemy utkać analogię do tej metafory nawiązując do wejścia basu w Smoke on the Water, które wybrzmiało głośno jak żaden inny utwór tego dnia.

Nie da się jednak ukryć, że tego wieczoru najwięcej miejsca zajęły złożone partie gitarowe i klawiszowe. Pozwalały muzykom zaprezentować swoje umiejętności w pełnej krasie. Nie ukrywam, że wzbudzało to podziw przybyłych, jednak wraz z upływem koncertu można było odczuć lekki brak płynności przez rozzciągnięte popisy solowe. Z jednej strony trudno odmówić muzykom kunsztu, z drugiej – można było odczuć, że koncertowi brakowało nieco większej równowagi między popisami instrumentalnymi a wspólnym śpiewaniem kolejnych utworów. W momentach instrumentalnych popisów wokalista i sekcja rytmiczna schodzili na dalszy plan, czasem niemal znikając gdzieś w czeluściach sceny. 

Na szczególne wyróżnienie zasługuje Don Airey, którego prędkość poruszania się po klawiszach wprawiała w osłupienie, a dodatkowo uraczył publiczność fragmentami rodzimych utworów Fryderyka Chopina, zakańczjąc tę partię dzwiękami polskiego hymnu narodowego. Ten niespodziewany gest wyraźnie rozczulił publiczność i stał się jednym z tych momentów, które nadają koncertowi wyjątkowy charakter.

Najciekawszy obrazek nie znajdował się jednak wyłącznie na scenie. Wśród publiczności można było zobaczyć zarówno osoby pamiętające największe sukcesy Deep Purple z własnej młodości, jak i dwudziestolatków. To chyba najlepszy dowód na to, że klasyczny rock nie zna metryki, a kolejne pokolenia wciąż znajdują w nim coś dla siebie.

Koncert Deep Purple z pewnością stanowił spotkanie z historią muzyki, która wciąż żyje i przyciąga nowych słuchaczy. Było w nim wiele instrumentalnego kunsztu, doświadczenia i energii, która mimo upływu lat, wciąż potrafi wybrzmieć ze sceny. 

Dziękujemy Mystic Coalition za możliwość relacjonowania tego poruszającego wydarzenia, świetną organizację i piękne muzyczne wrażenia.

Do "przewijania" zdjęć należy używać znaczników w dolnej części ramki (telefon, komputer) lub strzałek (komputer).



Deep Purple w Łodzi – legenda rocka i kilka pokoleń pod sceną" data-numposts="5">

Nadchodzące wydarzenia