Do czterech razy sztuka, Czyli Metallica wraca ponownie na Stadion Śląski, 35 lat po pamiętnym "Monsters Of Rock"...

  • 21 May, 2026
  • Piotr "bobas" Kuhny

...i bije frekwencyjny rekord Polski! Zgodnie z danymi podanymi przez organizatora- Live Nation Polska na "Ślązaku" pojawiło się ponad 90 tysięcy widzów!

Metallica wróciła do Chorzowa po osiemnastu latach i zrobiła to w stylu, którego od największego metalowego zespołu świata można było oczekiwać: z rozmachem, z ciężarem, z bardzo stadionowym repertuarem i z poczuciem, że Stadion Śląski na jeden wieczór naprawdę zamienił się w miasto fanów. Koncert odbył się 19 maja 2026 roku w ramach trasy M72 World Tour, a przed gwiazdą wieczoru zagrali Gojira i Knocked Loose. Zgodnie z przewidywaniami koncert odbył się w formule 360 stopni, ze sceną ustawioną na środku płyty.

Zanim przejdziemy do gwiazdy wieczoru, warto poświęcić parę słów „przystawkom”. Wieczór otworzyli Knocked Loose. Ich hardcore’owo-metalcore’owy styl chyba nie do końca trafił w oczekiwania „thrasherów”. Nie sposób było jednak nie zauważyć energii zespołu, który rozruszał najmłodszą część publiczności pod sceną, tworząc pierwsze tego dnia „młyny”. Niemniej dla wielu tradycyjnych fanów thrash metalu ich styl — charakterystyczny, bardzo wysoki, wrzaskliwy wokal Bryana Garrisa i potężne, ciężkie breakdowny — był sporym zaskoczeniem.

Jako drudzy, nadal w pełnym słońcu, na scenie pojawili się francuscy mistrzowie progresywnego metalu — Gojira. Bez dwóch zdań: to absolutna potęga koncertowa. W przeciwieństwie do poprzedników, po igrzyskach olimpijskich w Paryżu ten zespół znają już niemal wszyscy — głównie za sprawą niesamowitego show podczas ceremonii otwarcia IO — ale to nie popularność wpłynęła na odbiór ich muzyki. Zespół zagrał genialny, precyzyjny brzmieniowo i potężny set. Ich ściana dźwięku oraz hipnotyzujące riffy, z flagowymi utworami na czele, doskonale trafiły do widzów, których — trzeba przyznać — było już znacznie więcej niż podczas „wykonu” KL. Mimo wspomnianej już pory i minimalistycznej oprawy Gojira potrafiła porwać stadion. A było czym porywać: „Born for One Thing”, „Backbone”, „Stranded”, „The Cell”, „Flying Whales”, „Love” z outrem „Remembrance”, „Mea culpa (Ah! Ça ira!)” z Mariną Viotti, „Silvera”, „Grind”, „L’enfant sauvage” i „Amazonia”. Samo „gęste” granie… Do tego „Mea culpa (Ah! Ça ira!)” zostało wykonane z udziałem Mariny Viotti. To właśnie utwór związany z głośnym olimpijskim występem Gojiry podczas ceremonii otwarcia igrzysk w Paryżu w 2024 roku, który mocno poszerzył rozpoznawalność zespołu. Warto podkreślić kontrast między Knocked Loose a Gojirą. KL uderzyli chaosem, agresją i hardcore’owym impetem. Gojira była ciężka, ale bardziej monumentalna, precyzyjna i „stadionowa”. Tam, gdzie Knocked Loose miało rozkręcić mosh pit, Gojira zaczęła już budować atmosferę dużego metalowego święta. Osobną uwagę trzeba poświęcić Mario Duplantierowi. Ten gość jest chyba robotem — precyzja i dynamika, z jaką okładał „gary”, wydawały się wręcz nieludzkie… Zresztą cały zespół to muzycy najwyższych lotów, którzy nie bawią się w półśrodki: wyszli, zrobili swoje z precyzją chirurga i po niecałej godzinie zostawili po sobie spaloną ziemię.

Zaczął zapadać zmrok — niechybny znak, że pora na gwiazdę wieczoru. Na wielkich ekranach w kształcie walców, ustawionych na ośmiu wieżowych konstrukcjach, zaczęły pojawiać się wizualizacje związane z „Metą”, Polską i Stadionem Śląskim. Wśród nich był smok, który przysiadł na koronie stadionu. Najpierw z głośników poleciało „It’s a Long Way to the Top (If You Wanna Rock ’n’ Roll)” AC/DC, potem „The Ecstasy of Gold” Ennio Morricone. Ten drugi utwór jest od lat „otwieraczem” koncertów Metalliki. Chwilę później Metallica weszła na centralnie ustawioną scenę i rozpoczęła od „Creeping Death” oraz „For Whom the Bell Tolls”. Setlista była bezpieczna, ale skuteczna. Zespół postawił przede wszystkim na stadionowy „best of”: „The Unforgiven”, „Fuel”, „Wherever I May Roam”, „Nothing Else Matters”, „Sad but True”, „One”, „Seek & Destroy”, „Master of Puppets” i finałowe „Enter Sandman”. Z nowszego materiału pojawiło się tylko „Lux Æterna” z albumu „72 Seasons”, a największą gratką dla bardziej uważnych fanów było „Of Wolf and Man”. Troszkę taki zestaw „Metallica dla początkujących” — zagrano połowę „Czarnego Albumu”, który rozpoczął „zmiękczanie” muzyki zespołu. Musimy jednak przyznać, że Meta to koncertowy potwór — tak niesamowity kontakt z publicznością ma naprawdę niewiele muzycznych ekip. James Hetfield gadający z ludźmi, przybijający piątki… Po prostu dla tych ludzi to „Papa Het”, a nie wyalienowana gwiazda. Lars Ulrich ostatnio bywa krytykowany za grę na perkusji, ale to, co robił w Chorzowie, przeczy tym opiniom. Do tego miny, które towarzyszą ruchom pałeczek. Jaka szkoda, że stanowisko dla fotografów było tak daleko od sceny… Jeśli chodzi o miny, to zdecydowanie równie dobrym „twarzowcem” jest Rob Trujillo.

To właśnie on — jak ostatnio nakazuje „nowa świecka tradycja” — znowu walczył z językiem polskim. Ale zanim do tego doszło, Papa zapytał publikę: „Dobrze się bawicie?”. Gromki ryk upewnił go, że tak właśnie jest. Kontynuował więc: „Zatem pora to zmienić”. Dość szybko zorientował się, jak to zabrzmiało, i dodał: „Zrobimy tak, byście bawili się jeszcze lepiej”. Następnie przekazał mikrofon Robowi, który wraz z Kirkiem Hammettem postanowił zmierzyć się z klasyką polskiego rocka — utworem „Chcemy być sobą” Perfectu. I trzeba przyznać, że dali radę z tym trudnym materiałem. Wielki "szacun", mimo iż dwukrotnie zagrali tylko pierwszą zwrotkę. Rob, Grzegorz Markowski był z ciebie dumny — przynajmniej sądząc po wpisie jego córki w sieci!

Jak już wspomniałem, kontakt zespołu z publicznością był wręcz osobisty. Nie na darmo James powtarzał o „Metallica Family”. W ramach tej rodziny gościł Kacpra, walczącego z rakiem, który dzięki fundacji Make-A-Wish mógł świętować ten wieczór z zespołem. To właśnie jemu zadedykowano „Sad but True”.

Przez wiele lat zespół kończył swoje koncerty kawałkiem, który — jak powiedział Papa — napisali, kiedy byli „małymi dziewczynkami” uczącymi się grać, czyli „Seek & Destroy”. Tego wieczoru było inaczej. „Seek” spowodował co prawda ruch części publiczności w kierunku wyjścia, ale reszta właśnie wtedy mogła zacząć bawić się słynnymi piłkami — tym razem żółto-czarnymi — których deszcz spadł ze sceny. Ci, którzy zostali, usłyszeli jubilata, tak, tak — „Master of Puppets” wydano równe 40 lat temu! Potem zabrzmiał jeden z największych przebojów zespołu, „Enter Sandman” i niestety: wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Bisów nie było, ale zespół został jeszcze z fanami, rzucając kostki, pałeczki i pamiątki.

Trzeba też wspomnieć o samej oprawie koncertu. Zgodnie z tradycją obecnej trasy, na środku płyty Stadionu Śląskiego stanęła gigantyczna, okrągła scena z legendarnym „Snake Pitem” w środku. O wieżach z telebimami już wspomniałem. Do tego setki głośników zawieszonych w paczkach wokół sceny. Niestety takie ich umiejscowienie powodowało, że wrażenia akustyczne były różne: były miejsca, gdzie odsłuch był znakomity, ale były też takie, gdzie nakładały się „strefy” i tak dobrze już nie było. Zadziwiło też oszczędne użycie pirotechniki. Czyżby wojna w Zatoce wywindowała ceny gazu w kosmos?

Niezależnie od tych drobnych minusów, ten wieczór w Chorzowie nie był tylko kolejnym koncertem. To było przeżycie wręcz mistyczne: „riffy większe niż stadion”, refreny śpiewane przez kilka pokoleń i niemal osobisty kontakt zespołu z publicznością. Nic dziwnego, że gdy Lars Ulrich zapytał, czy publiczność chciałaby, żeby Metallica wróciła, odpowiedź stadionu była oczywista.


Do "przewijania" zdjęć należy używać znaczników w dolnej części ramki (telefon, komputer) lub strzałek (komputer).


Do czterech razy sztuka, Czyli Metallica wraca ponownie na Stadion Śląski, 35 lat po pamiętnym "Monsters Of Rock"..." data-numposts="5">

Nadchodzące wydarzenia