Finał pod znakiem niszczycielskiej polskiej siły – trzeci dzień Mystic Festival 2026
- 27 June, 2026
- Michał Paterek
Trzeci i zarazem ostatni oficjalny dzień Mystic Festival przywitał uczestników zdecydowanie lepszą pogodą. Po kapryśnym wcześniejszym dniu nad Stocznią Gdańską w końcu pojawiło się słońce, dzięki czemu od samego rana teren festiwalu zaczął wypełniać się ludźmi. Dało się wyczuć, że to już końcówka tegorocznej edycji. Wielu przyjechało przede wszystkim dla jednego koncertu, ale zanim nadszedł wieczór, czekało nas jeszcze sporo dobrego grania.
Dzień rozpocząłem tradycyjnie od Desert Stage. Hostia po raz kolejny udowodniła, że należy dziś do najciekawszych przedstawicieli polskiego ekstremalnego grania. Mimo wczesnej godziny pod sceną zebrał się naprawdę solidny tłum. Publiczność przyniosła nieco szatana w serduszku i od pierwszych minut ruszyły młyny. Grindcore'owa nawałnica pod wodzą Łukasza Pacha skutecznie obudziła wszystkich obecnych. Krótko, intensywnie i bez zbędnych ceregieli – dokładnie tak, jak powinien wyglądać początek festiwalowego dnia.
Z Desert Stage przeniosłem się na Main Stage, gdzie koncert rozpoczęli Caskets. Brytyjczycy zaprezentowali poprawny występ. Melodyjne metalcore'owe kompozycje dobrze wybrzmiewały na głównej scenie, jednak był to koncert, który trudno będzie zapamiętać na dłużej. Podobne odczucia towarzyszyły mi chwilę później podczas występu Evergrey na Park Stage. Szwedzi zagrali solidnie, profesjonalnie, ale bez momentów, które na dłużej zapadłyby w pamięć.
Znacznie większe zainteresowanie wzbudziło pojawienie się Turbo na Main Stage. Polski klasyk heavy metalu wskoczył do programu praktycznie w ostatniej chwili, zastępując Static-X. Sama obecność zespołu była wartością. Pod sceną spotkali się zarówno wieloletni fani pamiętający początki grupy, jak i młodsze pokolenie, które znało ich twórczość głównie z opowieści. Koncert przebiegł spokojnie, bez większych niespodzianek, ale dobrze było zobaczyć legendę polskiego metalu na jednej z największych scen festiwalu.
Kolejny przystanek to Park Stage i Pain. Peter Tägtgren jak zwykle trzymał wysoki poziom wykonawczy, a elektroniczne wstawki przeplatające ciężkie riffy skutecznie rozruszały publiczność. Nie był to jednak koncert, który zdominował rozmowy pomiędzy scenami.
Na Desert Stage czekał już Scour i drugi tego weekendu występ Phila Anselmo. Tym razem Amerykanin pokazał się od zupełnie innej strony niż dzień wcześniej z Down. Blackmetalowa odsłona jego twórczości była surowa i pozbawiona charakterystycznej dla gatunku teatralnej oprawy. Osobiście ten koncert nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, jednak reakcje publiczności mówiły same za siebie. Pod sceną bawiło się mnóstwo ludzi, a późniejsze rozmowy tylko potwierdzały, że dla wielu był to jeden z ciekawszych punktów dnia.
Wracając na Main Stage, trafiłem idealnie na Mastodon. Amerykanie pokazali klasę i po raz kolejny udowodnili, że ich pozycja na światowej scenie nie jest przypadkowa. Potężne gitarowe brzmienie, świetna forma muzyków i bardzo dobre wykonanie sprawiły, że był to jeden z najmocniejszych koncertów przed wieczornymi headlinerami. To był ten rodzaj występu, którego nie trzeba było ubarwiać efektami – sama muzyka robiła swoje.
Po drugiej stronie terenu festiwalu Septicflesh rozpoczął swoją charakterystyczną liturgię. Grecy, podobnie jak dzień wcześniej Rotting Christ, zbudowali wyjątkowo mroczny klimat. Monumentalne kompozycje, ciężkie riffy i charakterystyczna atmosfera sprawiły, że Desert Stage ponownie zamieniła się w miejsce muzycznego rytuału. Chyba właśnie to jest wspólnym mianownikiem greckiego metalu – umiejętność budowania klimatu bez zbędnego pośpiechu.
Kiedy słońce zaczęło chować się za stoczniowymi dźwigami, Park Stage przejęli weterani z Saxon. Brytyjczycy po raz kolejny udowodnili, że prawdziwy heavy metal nie zna wieku. Biff Byford przez cały koncert utrzymywał świetny kontakt z publicznością, a klasyczne utwory spotykały się z równie klasyczną reakcją fanów – uniesione rogi, chóralne refreny i szczery uśmiech na twarzach. Był to koncert bez zbędnych fajerwerków, ale właśnie taka naturalność stanowi o sile Saxon.
Wieczór należał jednak do Behemotha. Jeszcze przed koncertem można było usłyszeć głosy zastanawiające się, czy polski zespół rzeczywiście zasługuje na miejsce headlinera Mystic Festival. Po zakończeniu występu chyba niewielu miało już jakiekolwiek wątpliwości. Koncert rozpoczął się od "Shadow Elite", po którym natychmiast przyszło potężne "Ora Pro Nobis Lucifer". Od pierwszych minut główna scena eksplodowała światłem i ogniem. Nergal był w znakomitej formie, podobnie jak pozostali muzycy. Wszystko było dopracowane do najmniejszego szczegółu – od scenografii po tempo budowania napięcia.
Najbardziej wyjątkowy moment nastąpił jednak w połowie koncertu. Muzycy zeszli ze sceny, otoczeni ludźmi, z pochodniami przeszli przez tłum aż do stanowiska realizatorów. W tym czasie główna scena pogrążyła się w ciemności. Dopiero z platformy na FOHu wybrzmiał hymn tegorocznej edycji festiwali - cover Bathory "The Return of Darkness and Evil". Wykonany z samego środka publiczności stał się czymś znacznie więcej niż tylko kolejnym utworem – był symbolem całego festiwalu i pięknym ukłonem w stronę klasyki ekstremalnego metalu, pożegnaniem ze stocznią. Patrząc na tysiące ludzi otaczających to miejsce, trudno było nie odnieść wrażenia, że właśnie uczestniczymy w jednym z najbardziej pamiętnych momentów tegorocznego Mystica.
Po powrocie na scenę nie było już miejsca na zwolnienie tempa. "Bartzabel", "Ov Fire and the Void" czy "Chant for Eschaton 2000" tylko potwierdziły, że Behemoth od lat znajduje się w światowej czołówce. To nie był koncert oparty wyłącznie na efektach specjalnych. Pirotechnika robiła ogromne wrażenie, ale równie mocno działała charyzma muzyków i precyzja wykonania. Behemoth udowodnił, że w pełni zasłużył na miejsce headlinera największych europejskich festiwali. Jeśli Mystic Festival żegnał Stocznię Gdańską właśnie takim koncertem, trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie tej historii.
Po tak intensywnym widowisku pozostało już tylko spokojnie domknąć festiwal. Na Main Stage pojawił się The Gathering, który zaproponował zupełnie inne emocje. Nastrojowe, przestrzenne kompozycje pozwoliły wyciszyć się po całym dniu biegania między scenami. Wielu uczestników siedziało już na ziemi lub opierało się o barierki, po prostu chłonąc ostatnie dźwięki tegorocznej edycji.
I właśnie taki był finał Mystic Festival 2026. Od grindcore'owej energii Hostii, przez klasyczny heavy metal Saxon, gitarowy kunszt Mastodon, aż po monumentalny występ Behemotha. To był dzień, który pokazał, jak różnorodna potrafi być muzyka metalowa i dlaczego właśnie Mystic pozostaje jednym z najważniejszych festiwali tego gatunku w Europie.
Dziękujemy Mystic Coalition za możliwość relacjonowania tej wyjątkowej edycji festiwalu i ostatnich chwil spędzonych na terenach Stoczni Gdańskiej.