IMPACT IS BACK, czyli jak Limp Bizkit uświetnił powrót kultowej marki na koncertową mapę Polski

  • 04 June, 2026
  • Aneta Kuhny, Piotr "Bobas" Kuhny

Jeśli w okolicy krakowskiej Tauron Areny widzisz tłumy gości w czerwonych bejsbolówkach z daszkiem przekręconym do tyłu to zaczynasz podejrzewać, że to jakaś „zorganizowana akcja”… Sięgasz w głąb pamięci i masz! To przecież był wyróżnik Williama Fredricka „Freda” Dursta, występujący na prawie każdym z teledysków, które pamiętasz z MTV (była kiedyś taka stacja, która jako pierwsza na szeroką skalę propagowała muzykę). Bingo! Właśnie Fred z zespołem uświetnił 03/06/2026 powrót na koncertową mapę „Impactu”. 

Kiedyś Impact Festival był jednym z największych i najważniejszych festiwali muzycznych w Polsce, poświęconych muzyce rockowej, metalowej oraz alternatywnej. Na przestrzeni lat festiwal gościł największe sławy muzyki gitarowej, takie jak System of a Down, Black Sabbath, Tool, Rammstein, Slipknot, Aerosmith, Red Hot Chili Peppers czy Korn. Niestety brutalna rzeczywistość ekonomiczno–postcovidowa spowodowała, że od 2020 roku nazwa zniknęła z afiszy. Była próba przywrócenia jej w 2022 roku, ale niestety bez powodzenia. Niemniej marka nadal była mocno rozpoznawana i w 2026 roku Live Nation postanowiło przywrócić ją do życia, początkowo jako festiwal, ale jako iż wskrzeszanie do najprostszych czynności nie należy, to postanowiono zacząć od czegoś mniejszego- koncertu pod szyldem „Impact”. I postawiono na Limp Bizkit jako gwiazdę wieczoru. Powiem szczerze, troszkę bałem się tej decyzji bo LB kojarzył mi się z młodzieńczą energią i buntem (zobaczcie ile razy w tekstach chłopaki fu**’ają wszystko i wszystkich), a czy taki poziom buntu jest jeszcze u 55-latka? A tyle właśnie wiosen liczy Fred. Pozwólcie, że zanim odpowiem na to pytanie to postaram się opisać pokrótce przebieg koncertu.

Zmiany w składzie suportów spowodowały, że większość widzów zaczęła wypełniać krakowski obiekt w okolicach 21, bo na 21:15 ostatecznie zaplanowano występ headlinera. I trzeba przyznać, że owo wypełnienie wstydu polskim fanom nie przyniosło. Obiekt nie był wyprzedany, ale jego wypełnienie oceniam na 85-90%. Tuż przed „godziną” zero na ekranie za sceną pojawił się licznik niczym ze starych filmów szpiegowskich, pamiętacie te „kwadraciaki” odliczające czas do wybuchu? Znikała sekunda po sekundzie, na ekranie pojawiło się 00:00 i… publika eksplodowała krzykiem, a z głośników zamiast dźwięków Bizkitów popłynęło „Wake Me Up Before You Go-Go”. W sumie zupełnie niepotrzebnie, bo zdecydowanie na Arenie nikt nie spał. W rytmie przeboju Wham! na scenie zainstalowali się muzycy. I zaczęło się szaleństwo! Od razu „prawy prosty”: “Out of Style”, „Bring It Back” i “MY GENERATION”! Chyba pierwszy raz widzieliśmy „płytę” (w zasadzie ludzi na niej) skaczącą od pierwszego do ostatniego rzędu. Tak, ci tuż przy wyjściu za FOH-em (miejsce gdzie pracują akustycy i oświetleniowcy) też skakali! 

Niestety jeśli chodzi o osoby z tyłu Taurona, to zespół miał dla nich delikatnie niemiłą niespodziankę- zamiast wyświetlania na ekranie nad sceną obrazu z kamer skierowanych na muzyków, pojawiały się tam teksty wykonywanych utworów. Ale jak powiedział Durst- było to zaproszenie do „karaoke w stylu lat 90” i o dziwo ten pomysł zadziałał! Publiczność wyśpiewała cały repertuar wraz z zespołem, czasami wyręczając Freda. Wspomniany ekran miał jeszcze jedną funkcję- pojawiały się na nim żartobliwe kolaże mające przedstawić reakcję „znanych i lubianych” na muzykę Limp Bizkit w postaci kciuków w górę, zaskoczenia, czy niesmaku… Na przykład Metallica „była mocno zaskoczona” za co zespół „odpłacił jej” wplatając riff z „Master of Puppets” do „Show Me What You Got”. Były też chwile poważniejsze. Przed „Behind Blue Eyes” publiczność zobaczyła podobiznę zmarłego jesienią 2025 basisty zespołu Sama Riversa. Fred powiedział krótko „brakuje Cię nam strasznie stary” i popłynęły dźwięki coveru The Who. Trzeba przyznać, że gdy publiczność śpiewała w nim refreny, to brzmiało to niesamowicie i przejmująco… I to morze telefonowych światełek…

Podobnie było po wyświetleniu na ekranie postaci uskrzydlonego George Michaela z kciukiem do góry w reakcji na twórczość LB. Tu również padły ze sceny słowa o wielkiej stracie i chwilę później wszyscy zaśpiewali „Faith”. Jak zapewne domyślacie się w wersji zdecydowanie ostrzejszej niż oryginał. 

Zamiast wyliczać co jeszcze usłyszała krakowska publika postaram się odpowiedzieć na postawione na początku pytanie: czy Limp Bizkit to nadal ta sama energia co kiedyś. Zdecydowanie tak! Choć z głosu Freda zniknęło nieco zadziorności, a za to pojawiła się nuta… zadumy. I nie było już bardzo energicznych skoków po scenie, były też dłuższe „przerwy kondycyjne” między utworami. Niemniej „wykon” to naprawdę kawał skondensowanej energii.

Należy też podkreślić kontakt zespołu z publiką: o „skaczącej płycie” już czytaliście, o wspólnych śpiewach również. Ale kiedy ostatnio widzieliście trzy olbrzymie młyny pod sceną? Właściwie nie pod sceną, bo kręciły się praktycznie po całym parkiecie- tak widzów w ruch wprowadził „Break Stuff” . A śpiewy? Prócz tych chóralnych Fred zaprosił na scenę dwójkę widzów, dał im przepłukać gardło ostrzegając by czynili to ostrożnie bo to czysta „vodka” (spokojnie- nasz fotopstryk zaobserwował obecność przy scenicznych odsłuchach wyłącznie mineralki) a potem wspólnie wykonali „Full Nelson”.

Jeśli chodzi o poziom muzyków to trzeba przyznać, że Richie Buxton godnie wszedł w buty Sama. Gitarzysta Wes Borland jak zwykle pozostał „człowiekiem bez twarzy”, ale za to z talentem w palcach, John Otto równo okładał gary chowając się przed obiektywem, DJ Lethal (Leor Dimant) agresywnie skreczował. O Fredzie już czytaliście więc wiecie, że było dobrze. Nawet bardzo. To był świetny gig! Niech żałują ci, którzy nie dotarli.

Jest tylko jedno małe zażalenie od fotografa- Durst ani przez chwilę nie założył czerwonej czapeczki. Czy ludzie na pewno mu uwierzą, że ten białobrody jegomość to Fred?


Na przyjęcie gwiazdy wieczoru publiczność przygotowywały dwa występy:

O 19:10 – wystąpił Drabusheyka. Choć ten wybór wywołał sporo dyskusji wśród fanów nastawionych stricte na rock, polski raper wyszedł na scenę z ogromną energią, starając się porwać krakowską publiczność.

O 20:00 – Areną zawładnęła Ecca Vandal: Australijka zaprezentowała potężny, drapieżny set. Energetyczne wykonanie utworów (w tym najnowszego singla „Bleach”) spotkało się z bardzo ciepłym przyjęciem i idealnie przygotowało grunt pod nu-metalowe szaleństwo. Co ciekawe, wokalistka współpracuje z Richiem Buxtonem – obecnym basistą koncertowym Limp Bizkit. Krążą słuchy, że jest z nim związana również prywatnie.

Live Nation Polska - dziękujemy za ten gig i liczymy, że to nie ostatnia edycja „Impactu”. Może wkrótce znowu „Impact Festivalu”, czego Wam i sobie życzymy.

Pełna setlista z krakowskiego koncertu LB: https://www.setlist.fm/setlist/limp-bizkit/2026/tauron-arena-krakow-krakow-poland-334ed001.html

Do "przewijania" zdjęć należy używać znaczników w dolnej części ramki (telefon, komputer) lub strzałek (komputer).



IMPACT IS BACK, czyli jak Limp Bizkit uświetnił powrót kultowej marki na koncertową mapę Polski" data-numposts="5">

Nadchodzące wydarzenia