Judas Priest w Warszawie, czyli krótka historia o tym jak właściwie podawać hard(rockowe) dawki "painkilera"

  • 30 July, 2026
  • Oliwia Łasicka. fot. Piotr "Bobas" Kuhny

28 lipca warszawski Torwar ponownie zamienił się w świątynię heavy metalu. Tego wieczoru fani licznie stawili się, by zobaczyć legendę gatunku – Judas Priest, a atmosferę przed głównym występem rozgrzał zespół Phil Campbell’s Bastard Sons.

Zespół rozpoczął występ od autorskiego materiału, by następnie oddać hołd korzeniom, przechodząc do klasyków Motörhead. Szczególnie poruszającym momentem było wykonanie „Heroes” Davida Bowiego w legendarnej interpretacji Motörhead – utworu zadedykowanego Philowi Campbellowi, którego śmierć w 2026 roku była ogromnym ciosem dla świata rocka. Mimo straty zespół postanowił kontynuować działalność. Obecnie za mikrofonem stoi Julian Jenkins, który z szacunkiem pielęgnuje muzyczne dziedzictwo pozostawione przez założyciela, nie próbując go naśladować, lecz wnosząc do zespołu własną energię. Publiczność przyjęła ten występ niezwykle ciepło, a motörheadowe klasyki wywołały pod sceną prawdziwą eksplozję emocji.

Punktualnie o godzinie 21:00 zgasły światła, a na scenie pojawili się wyczekiwani Judas Priest. Brytyjska legenda heavy metalu nie potrzebowała długiego wstępu – już pierwsze dźwięki „You’ve Got Another Thing Comin’” sprawiły, że Torwar eksplodował. Publiczność od pierwszych sekund śpiewała razem z Robem Halfordem, a zespół pokazał, że mimo ponad pięciu dekad na scenie nadal potrafi porwać tłumy.

Setlista była przekrojową podróżą przez historię Judas Priest. Nie zabrakło klasyków z kultowego „British Steel” – „Metal Gods” i „Breaking the Law” wywołały prawdziwą euforię. Podczas „The Ripper” telebimy wypełniły stylizowane wycinki XIX-wiecznych gazet nawiązujące do Kuby Rozpruwacza (Jack The Ripper), doskonale budując klimat utworu. Chwilę później zespół nie zwalniał tempa, serwując „The Sentinel”, „Desert Plains”, „Lightning Strike”, „Turbo Lover”, „Steeler” i „Delivering the Goods”.

Judas Priest udowodnił również, że nie żyje wyłącznie przeszłością. „Panic Attack”, jeden z najnowszych utworów w repertuarze, spotkał się z równie entuzjastycznym przyjęciem co największe klasyki. Publiczność śpiewała refren, a energia płynąca ze sceny pokazała, że nowe kompozycje doskonale odnalazły swoje miejsce w koncertowym repertuarze.

Końcowa część koncertu była prawdziwym pokazem siły. Monumentalne „Victim of Changes”, epickie „Halls of Valhalla” i nieśmiertelny „Painkiller” wywołały owacje, a Rob Halford po raz kolejny udowodnił, że mimo upływu lat wciąż imponuje wokalną formą.

Na bis zespół przygotował trzy utwory, bez których trudno wyobrazić sobie koncert Judas Priest. „Electric Eye” rozpoczęło finał wieczoru, a podczas „Hell Bent for Leather” na scenie pojawił się najbardziej charakterystyczny element każdego występu zespołu – Rob Halford wjechał na swoim legendarnym Harleyu, co publiczność przyjęła z ogromnym entuzjazmem. Całość zakończyło „Living After Midnight”, podczas którego kontakt muzyków z publicznością był wzorowy. Wspólne śpiewanie refrenów i niegasnąca energia fanów sprawiły, że trudno było uwierzyć, iż koncert dobiega końca.

Choć Judas Priest ma za sobą ponad 50 lat działalności i kilka tras zapowiadanych jako pożegnalne, na scenie nie było widać ani grama zmęczenia. Wręcz przeciwnie – zespół brzmiał niezwykle pewnie, a każdy utwór wykonywany był z ogromną precyzją i pasją. To właśnie takie koncerty przypominają, dlaczego Judas Priest od dekad pozostaje jednym z najważniejszych zespołów w historii heavy metalu. Muzycy nie tylko pielęgnują własne dziedzictwo, ale wciąż udowadniają, że są w stanie konkurować energią z artystami o kilka pokoleń młodszymi.

Na kilka dni przed koncertem bilety zniknęły z oficjalnej sprzedaży, choć wydarzenie nie zostało formalnie ogłoszone jako wyprzedane. Mimo że część stałych bywalców Torwaru mogła odnieść wrażenie, iż hala nie była wypełniona po brzegi, atmosfera pod sceną ani przez moment na to nie wskazywała. Każdy kolejny utwór spotykał się z żywiołową reakcją publiczności, a przez cały wieczór dało się odczuć wyjątkową więź pomiędzy zespołem a fanami.

Na koniec należą się również słowa uznania dla organizatora – Live Nation Polska. Oczywiście po pierwsze za wybór artystów, po drugie za samą jego organizację. Wejście na teren obiektu przebiegało sprawnie, kontrole były dobrze zorganizowane, depozyt tuż przy wejściu łatwo i szybko dostępny..

Judas Priest po raz kolejny udowodnił, że status legendy nie jest wyłącznie zasługą przeszłości. To zespół, który nadal gra z ogromną mocą, nie odcina kuponów od dawnych sukcesów i wciąż dostarcza widowiska na najwyższym światowym poziomie. Jeśli zapowiedź powrotu do Polski stanie się rzeczywistością, można być pewnym, że ponownie będzie to obowiązkowa pozycja w kalendarzu każdego fana heavy metalu.


Do "przewijania" zdjęć należy używać znaczników w dolnej części ramki (telefon, komputer) lub strzałek (komputer).

Judas Priest w Warszawie, czyli krótka historia o tym jak właściwie podawać hard(rockowe) dawki "painkilera"" data-numposts="5">

Nadchodzące wydarzenia