Lost Generation Festival – nostalgia w Tauron Arenie z punkowym pazurem

  • 18 June, 2026
  • Michał Paterek

Gdy ogłoszono koncept wydarzenia jako jednodniowego festiwalu w Tauron Arenie z założeniem podróży w przeszłość do przełomu lat 90. i początku 2000, nikt nie spodziewał się autentycznej kapsuły czasu. Co więcej, gdy ogłoszono line-up, zawrzało, ponieważ zespoły idealnie zgrały się z duchem wydarzenia. The Offspring, Papa Roach i The Rasmus – pierwsze ogłoszenia podniosły temperaturę. Do tej ekipy dołączyli Hollywood Undead i Lagwagon. Część z tych zespołów dawno nie koncertowała u nas w kraju, zaś The Offspring jako headliner zdawał się być pewniakiem na sporą frekwencję.

Mimo że festiwal odbywał się w środku tygodnia i zaczynał dość wcześnie, fani zbierali się już od godziny 13:00 na błoniach Tauron Areny. Choć koncerty i sama arena otwierały się dopiero o godzinie 16:00, nie można było narzekać na nudę, bowiem organizator zapewnił moc atrakcji w klimacie wspomnianych lat minionych. Mieliśmy do wyboru strefę Skate, Basket i Retro Games. Zatem pod areną stanęła rampa dla deskorolkowców, boisko do koszykówki 3x3, a mała hala została wypełniona telewizorami kineskopowymi, starymi konsolami i automatami, co było prawdziwą gratką zarówno dla fanów gamingu, jak i tych, którzy zwyczajnie chcieli przypomnieć sobie lata dzieciństwa czy młodości.

Z kolei strefa skate i basket była bardziej widowiskowa. Mogliśmy oglądać akrobacje na deskorolkach oraz efektowne wsady do kosza. Publika dopingowała uczestników, a wokół panował luźny klimat rodem z Venice Beach w Los Angeles. Przed areną stały stare amerykańskie samochody, od punktu do punktu przemieszczała się orkiestra dęta wykonująca klasyki rocka i metalu w dętej aranżacji. Po strefach chodziły również dwie festiwalowe maskotki – misie w czapkach, które od początku ogłoszenia wydarzenia były symbolem festiwalu i materiałów promocyjnych.

Niewątpliwym barwnym punktem, który podtrzymywał dobrą zabawę przed halą, był zespół CF98, przemieszczający się pomiędzy strefami i grający krótkie sety dla uczestników. Zdecydowanie pop-punk w wykonaniu krakowskiej załogi angażował wszystkich obecnych i nawet kolejka do merchu bujała się w rytm punkowych riffów. A skoro mowa o merchu – zarówno festiwalowy, jak i ten przygotowany przez artystów cieszył się ogromną popularnością. Hitem okazały się naklejki, skarpetki oraz pluszowe łapy misiów służące do machania i kibicowania.

Punktualnie o 16:45 na scenie zjawił się Lagwagon. Grupa dawno nie gościła w naszym kraju, jednak mimo że arena dopiero zaczynała się wypełniać, fani zespołu dali o sobie znać. Panowie zagrali krótki, konkretny set. Brzmienie zespołu było bardzo zbliżone do tego znanego z płyt, za co pochwalić trzeba realizatorów dźwięku. Można było odnieść wrażenie, że muzycy grają nieco bez emocji, jednak wieloletni fani szybko wyjaśniali, że właśnie taka sceniczna naturalność od zawsze była znakiem rozpoznawczym Lagwagon.

Jako drudzy scenę przejęli Hollywood Undead i od pierwszych dźwięków „Undead” tłum zaczął skakać. Kalifornijczycy przywieźli ze sobą dokładnie to, z czego są znani – mieszankę rapu, rocka i imprezowej energii. Muzycy praktycznie nie zatrzymywali się w miejscu, a kolejne utwory płynnie przechodziły jeden w drugi. Bardzo dobrze wypadły „Riot” oraz „Everywhere I Go”, przy których publiczność śpiewała refreny równie głośno jak sami muzycy. Był to jeden z tych koncertów, podczas których trudno było ustać spokojnie choćby przez chwilę. Elementy hip-hopu i rapu idealnie wpisały się w klimat letniego popołudnia, a zespół skutecznie podniósł temperaturę całego wydarzenia.

Następnie scenę przejęli Finowie z The Rasmus. W przeciwieństwie do żywiołowego Hollywood Undead postawili bardziej na atmosferę i emocje. W secie nie zabrakło utworów z najnowszego materiału, jednak największe reakcje publiczności wywoływały oczywiście klasyki. Lauri Ylönen pozostawał w stałym kontakcie z fanami, a pod sceną można było dostrzec wiele osób, które najwyraźniej wychowały się na muzyce zespołu. Z każdym kolejnym utworem publiczność coraz bardziej się otwierała. Kulminacją występu było oczywiście „In the Shadows”. Wtedy śpiewała już praktycznie cała hala, a na moment można było odnieść wrażenie, że cofnęliśmy się o dwadzieścia lat.

Przedostatni koncert tego dnia – Papa Roach – nie zapowiadał się aż tak widowiskowo, jakim ostatecznie się okazał. Widziałem ten zespół w 2023 roku, jednak to, co wydarzyło się w krakowskiej hali, było czymś naprawdę wyjątkowym. Zespół nie szczędził środków – niemal każdemu utworowi towarzyszyły ogromne ilości pirotechniki. Jacoby Shaddix był w doskonałej formie scenicznej i przez cały czas podkręcał atmosferę. Trudno wskazać jeden moment kulminacyjny, ponieważ przez cały koncert zespół utrzymywał bardzo wysoką intensywność i praktycznie nie pozwalał publiczności złapać oddechu. Publiczność niezwykle zaangażowana zdzierała gardła przy kolejnych szlagierach zespołu. Pod koniec muzycy odegrali kilka dobrze znanych riffów grup takich jak Korn, System of a Down czy Limp Bizkit, oddając im hołd i podkreślając, że bez nich nie byłoby nu-metalu, a w pewnym sensie również samego Papa Roach. Tradycyjnie na koniec wybrzmiało „Last Resort”, a tłum oszalał.

Na deser został już tylko headliner – The Offspring. Panowie wciąż koncertują w ramach promocji ostatniej płyty, jednak obecność materiału z niej była raczej symboliczna. Otrzymaliśmy więc przekrojowy set oparty niemal wyłącznie na klasykach. Zespół prowadził na scenie wiele humorystycznych dialogów, co mogło zarówno przypaść do gustu, jak i lekko irytować, bo bez tych przerywników zapewne zmieściłby się jeszcze jeden dodatkowy utwór. The Offspring robili jednak wszystko po swojemu. Pojawiły się również dodatkowe atrakcje w postaci solówki perkusyjnej czy gitarowej interpretacji „In the Hall of the Mountain King” Edwarda Griega. Nie zabrakło także „Crazy Train” w hołdzie dla Ozzy’ego Osbourne’a. Sporo działo się więc również poza samym repertuarem zespołu. Największe reakcje wywołały oczywiście „Pretty Fly (For a White Guy)”, „Staring at the Sun”, „Why Don’t You Get a Job?” oraz „Self Esteem”. Przy tych utworach śpiewała już praktycznie cała hala. The Offspring dysponowali również zupełnie inną oprawą niż wcześniejsze zespoły. Dobrze oświetlona scena, dmuchane szkielety, konfetti i piłki plażowe latające nad publicznością tworzyły atmosferę wielkiej letniej imprezy. Mimo kilku dłuższych przerw koncert pozostawał dynamiczny, a muzycy w bardzo dobrej formie prezentowali kolejne hity rodem ze złotych lat MTV. Cała hala bawiła się, skakała i śpiewała ile sił.

Lost Generation Festival okazał się strzałem w dziesiątkę. Na dzień przed wydarzeniem ogłoszono sold out. Świetnie dobrane koncerty i doskonale zorganizowane atrakcje towarzyszące zapewniły rozrywkę od pierwszych godzin imprezy. To właśnie one, wraz z całą oprawą wizualną, pozwoliły naprawdę przenieść się w czasie. Ja tę nostalgię odczułem bardzo wyraźnie i jestem przekonany, że nie byłem jedyny. Paradoksalnie same koncerty, choć stanowiły centrum wydarzenia, były tylko częścią całego doświadczenia. To właśnie połączenie muzyki, nostalgicznych atrakcji i atmosfery wspólnego powrotu do przełomu lat 90. i 2000 sprawiło, że Lost Generation Festival zapadł w pamięć uczestników. Można więc powiedzieć: brawo Knock Out Productions. Nie pozostaje nic innego, jak czekać na kolejną edycję i obserwować, jak rozwija się wydarzenie, które już teraz ma ogromny potencjał.

Dziękujemy Knock Out Productions za tę swoistą kapsułę czasu i możliwość relacjonowania tego muzycznego święta.


Do "przewijania" zdjęć należy używać znaczników w dolnej części ramki (telefon, komputer) lub strzałek (komputer).
Lost Generation Festival – nostalgia w Tauron Arenie z punkowym pazurem" data-numposts="5">

Nadchodzące wydarzenia