Oranssi Pazuzu otwarli w Hype Parku przejście do innego muzycznego wymiaru
- 18 October, 2026
- Piotr "Bobas" Kuhny
Oranssi Pazuzu to zespół zjawiskowy. Kropka.
Wczoraj w krakowskim Hype Parku potwierdzili to koncertem. Właściwie to nie „koncert”, tylko sytuacja: psychodeliczny black metal jako seans dźwiękowy, a może otwarcie wrót do innego muzycznego wymiaru? Na pewno nie był to zestaw numerów odhaczanych po kolei. I tak, wszyscy powtarzają, że Oranssi Pazuzu to „wyjątkowe doświadczenie” – kiedy stoisz w hali i czujesz, jak bas rozpycha powietrze, to przestaje być banałem, a zaczyna być opisem stanu faktycznego. Fińscy szamani weszli na deski, by odprawić swój unikalny, dźwiękowy rytuał, przypominając polskiej publiczności, dlaczego są absolutnym ewenementem na współczesnej scenie ekstremalnej.
Koncerty zespołu rzadko są po prostu występami muzycznymi – to raczej intensywne, fizyczne i psychologiczne doświadczenia. Od pierwszych, wwiercających się w mózg dźwięków syntezatorów jasne było, że Oranssi Pazuzu nie bierze jeńców. Ich muzyka na żywo to przerażająco doskonała fuzja krautrockowego, pulsującego groove'u, kosmicznej psychodelii lat 70. i jadowitego, surowego black metalu.
Set był bezlitośnie spójny, prowadzony jak rytuał z dokładnie wyliczonymi fazami narastania. Finowie otworzyli „Sienipilvi”, potem weszli w „Bioalkemisti” i tytułowe „Muuntautuja”, a dalej poszło jak walec: „Uusi teknokratia”, „Kuulen ääniä maan alta”, „Voitelu”, „Hautatuuli”, „Valotus”, „Ikikäärme”, a na bis „Vasemman käden hierarkia”. Czuć było, że to trasa pod nowy materiał, ale z mądrze dobranym hakiem na końcu – bis działał jak przypomnienie, że za tą całą kosmiczną mgłą stoi zespół, który ma też czysto metalowy instynkt do domykania koncertu w punkt.
To, co ich odróżnia od setki kapel „od transu”, to brzmienie: jakby ktoś naprawdę „wynalazł” kilka nowych sposobów na to, żeby gitara była jednocześnie ostrzem i falą. W momentach, gdy riffy robiły się mantryczne, perkusja nie tyle trzymała tempo, co wbijała słuchacza w podłogę, a całość zaczynała pracować jak mechanizm – ten rodzaj hipnozy, który w metalu jest najrzadszy, bo wymaga żelaznej dyscypliny, a nie tylko głośności.
Ciekawie działo się w przejściach - wtedy Oranssi Pazuzu czynią swoją magię: budują napięcie nie przez teatralne pauzy, tylko przez drobne przesunięcia akcentów i warstw. Czujesz, że coś się zmienia, ale nie umiesz wskazać co; po chwili orientujesz się, że jesteś w innym miejscu, choć nikt nie powiedział „teraz refren”. Publiczność łapie to intuicyjnie: nie widać było młynów, za to sporo kolektywnego kołysania bliskiego transowi.
Zanim jednak scena utonęła w nordyckich anomaliach głównej gwiazdy, publiczność musiała zmierzyć się z żywiołem z zupełnie innej części Północy. Islandzka formacja Múr, pełniąca rolę gościa specjalnego podczas tej minitrasy, udowodniła, że miano jednego z najciekawszych objawień na europejskiej scenie progresywnej nosi nie bez powodu. Od pierwszych dźwięków stało się jasne, że Múr nie jest zespołem, który można łatwo zaszufladkować. Promując swój świetnie przyjęty przez krytyków, imienny debiutancki album ("Múr"), zespół zaserwował krakowskiej publiczności potężną dawkę post-metalu skrzyżowanego z progresywną melancholią. Zespół budował monumentalne, niemal apokaliptyczne pejzaże dźwiękowe, w których wzniosłe, bardzo melodyjne partie gitary zderzały się z bezlitosnym, wgniatającym w ziemię rytmem. Było w tym coś z surowości islandzkiego krajobrazu – z jednej strony chłód i przestrzeń, z drugiej niepowstrzymana, wulkaniczna wręcz siła. Kompozycje płynnie meandrowały między atmosferycznym spokojem a potężnymi uderzeniami, które fizycznie rezonowały w klatkach piersiowych zgromadzonych pod sceną słuchaczy. Múr w Krakowie zrobił dokładnie to, co powinien zrobić wybitny support – nie tylko idealnie nastroił tłum i przygotował grunt pod transowy i demoniczny show Oranssi Pazuzu, ale też zostawił po sobie tak mocne wrażenie, że z pewnością wielu uczestników tego koncertu po powrocie do domu w pierwszej kolejności odpaliło właśnie ich debiutancki krążek.
Organizatorem trasy po Polsce był agencję Knock Out Productions, któej dziękujemy za możliwość uczestnictwa w tym niezwykłym wydarzeniu.