Południowe ciężary nad stocznią – drugi dzień Mystic Festival 2026

  • 23 June, 2026
  • Michał Paterek

Drugi dzień Mystic Festival przywitał uczestników zdecydowanie mniej łaskawą pogodą. Nad teren Stoczni Gdańskiej od czasu do czasu nadciągały deszczowe chmury, a między koncertami trzeba było zerkać nie tylko na rozpiskę godzinową, ale również w niebo. Na szczęście pogoda okazała się jedynie tłem dla tego, co miało wydarzyć się na scenach. Muzycznie był to dzień cięższy, bardziej mroczny i znacznie mocniej osadzony w południowych rejonach Stanów Zjednoczonych. Gdy dzień wcześniej stocznią rządził thrash metal, tym razem przyszła pora na riffy ciężkie niczym mokry beton i muzykę pachnącą amerykańskim Południem.

Pierwszym koncertem, na który dotarłem tego dnia, był występ Eyehategod na Main Stage. Nie było tutaj wielkich fajerwerków ani momentów, które zapadną w pamięć na lata, ale zespół zrobił dokładnie to, czego można było się po nim spodziewać. Powolne, brudne riffy i charakterystyczny sludge'owy klimat dobrze współgrały z pochmurną pogodą. Publiczność stopniowo zbierała się pod sceną, a sam koncert stanowił solidny początek dnia. Szybko skierowałem się na Park Stage, gdzie rozpoczynał Coroner. Szwajcarzy przyciągnęli sporą grupę fanów technicznego thrash metalu. Był to występ poprawny i profesjonalny, oparty przede wszystkim na muzyce. Bez większych niespodzianek, ale też bez rozczarowań. Wielu obecnych najwyraźniej traktowało ten koncert jako rozgrzewkę przed tym, co miało wydarzyć się później na tej samej scenie.

Powrót na Main Stage oznaczał spotkanie z Corrosion of Conformity. I tutaj temperatura wydarzeń wyraźnie wzrosła. Pod sceną zebrał się już naprawdę konkretny tłum. Zespół od początku przyciągał uwagę ciężkimi riffami i charakterystycznym południowym groove'em. To właśnie podczas tego koncertu najmocniej dało się odczuć motyw przewodni dnia. W muzyce Amerykanów było wszystko to, co później miało wybrzmieć jeszcze mocniej podczas występów Down i Black Label Society. Publiczność reagowała bardzo żywiołowo, a sam koncert okazał się jednym z przyjemniejszych zaskoczeń dnia.

Chwilę później przyszła pora na pierwszą trudną decyzję dnia. Na Desert Stage rozpoczynał się Benediction, a niemal równolegle na Park Stage szykowali się muzycy Death to All. Wybrałem początek występu Brytyjczyków. Benediction zagrali dokładnie tak, jak powinni – ciężko, konkretnie i bez zbędnych ozdobników. Największe poruszenie wywołał jednak nie sam repertuar, a słowa wokalisty, który w pewnym momencie rozejrzał się po zgromadzonych i rzucił ze śmiechem: „Co wy tu jeszcze robicie? Przecież pieprzony Death gra zaraz na innej scenie!”. Publiczność odpowiedziała śmiechem i brawami, bo wszyscy doskonale wiedzieli, że organizatorzy postawili fanów death metalu przed wyjątkowo trudnym wyborem. Sam również długo tam nie zabawiłem. Ruszyłem przez stoczniowe alejki w stronę Park Stage, gdzie właśnie zaczynało się Death to All. I szybko okazało się, że był to jeden z najważniejszych koncertów całego dnia. Już z daleka było widać tłum zgromadzony przed sceną. Muzyka Chucka Schuldinera od lat zajmuje szczególne miejsce w historii metalu, a projekt Death to All jest dla wielu najbliższą możliwą formą obcowania z tym dziedzictwem. Od pierwszych utworów publiczność była całkowicie zaangażowana. Kolejne klasyki Death wywoływały entuzjastyczne reakcje, a pod sceną nie brakowało zarówno starszych fanów pamiętających początki gatunku, jak i młodszych słuchaczy. To był koncert oparty nie tylko na muzyce, ale również na ogromnym szacunku do twórczości człowieka, który na zawsze zmienił oblicze death metalu. Na Death to All zostałem tak długo jak tylko mogłem. Pózniej przyszedł czas na kolejne legendy - Down.

Gdy muzycy pojawili się na Main Stage, publiczność była już gotowa. Phil Anselmo znajdował się tego wieczoru w znakomitej formie. Od pierwszych minut było widać, że doskonale czuje atmosferę wydarzenia i zamierza wykorzystać ją do maksimum. Kontakt z publicznością, charakterystyczne gesty, ogromna energia i potężne riffy sprawiły, że teren przed sceną dosłownie ożył. Tłum śpiewał, skakał i reagował na każde słowo wokalisty. Występ Down miał w sobie wszystko to, czego oczekuje się od festiwalowego hitu – świetną formę zespołu, odpowiednią oprawę i publiczność gotową oddać muzyce sto procent uwagi. Jeśli ktoś miał wskazać zwycięzcę drugiego dnia Mystica, bardzo często padała właśnie ta nazwa.

Po tak intensywnym występie skierowałem się na Desert Stage, gdzie swoją liturgię rozpoczynał Rotting Christ. Grecy po raz kolejny udowodnili, że są mistrzami budowania atmosfery. Hipnotyczne rytmy, charakterystyczne chóralne partie i mroczny klimat sprawiły, że przez chwilę można było zapomnieć o deszczu i przemoczonych butach. Publiczność rytmicznie odpowiadała na wezwania Sakisa Tolisa, a koncert przypominał bardziej rytuał niż zwykły występ festiwalowy. Nie było tu gwałtownych wybuchów energii. Zamiast tego otrzymaliśmy konsekwentnie budowaną atmosferę, która wciągała coraz głębiej z każdym kolejnym utworem. Nad stocznią zaczynało się powoli ściemniać, kiedy na Park Stage pojawił się Electric Wizard. Trudno wyobrazić sobie bardziej odpowiedni zespół na taki moment dnia. Kłęby dymu, przygaszone światła i tłum wiernych wyznawców zgromadzonych pod sceną stworzyły własny świat odcięty od reszty festiwalu. Brytyjczycy konsekwentnie serwowali wolne, tłuste riffy, które zdawały się płynąć nad publicznością niczym ciężkie chmury nad stocznią. Nie był to koncert dla każdego, ale ci, którzy pojawili się pod sceną, dokładnie wiedzieli, po co tam przyszli.

Na zakończenie pozostał Black Label Society. Trudno było o lepsze domknięcie dnia poświęconego ciężkim południowym brzmieniom. Zakk Wylde od pierwszych minut skupiał na sobie uwagę. Nie tylko charakterystycznym wizerunkiem, ale przede wszystkim gitarową klasą, której przez lata dorobił się status legendy. Kolejne utwory przeplatane były długimi instrumentalnymi fragmentami, podczas których publiczność mogła podziwiać jego technikę i swobodę gry. Jednym z najpiękniejszych momentów całego dnia okazał się fragment „No More Tears”. Gdy znajoma melodia rozniosła się po terenie stoczni, wiele osób natychmiast podniosło ręce w górę. Solówka zabrzmiała dokładnie tak, jak powinna, stając się jednocześnie hołdem dla Ozzy'ego Osbourne'a i przypomnieniem o muzycznych korzeniach samego Wylde'a.

Drugi dzień Mystic Festival nie był może tak różnorodny jak chociażby warm up day, ale miał własną tożsamość. Deszcz próbował przeszkadzać, czasówki zmuszały do trudnych wyborów, a przemarsze pomiędzy scenami ponownie zamieniały się w małe wyprawy przez teren stoczni. Mimo to wszystko układało się w spójną całość. Od sludge'u Eyehategod, przez deathmetalowe święto Death to All, aż po południową celebrację riffów w wykonaniu Down i Black Label Society. Tego dnia Stocznia Gdańska pachniała mokrą stalą, piwem i amerykańskim Południem.

Dziękujemy Mystic Coalition za możliwość relacjonowania tego wydarzenia.


Do "przewijania" zdjęć należy używać znaczników w dolnej części ramki (telefon, komputer) lub strzałek (komputer).


Południowe ciężary nad stocznią – drugi dzień Mystic Festival 2026" data-numposts="5">

Nadchodzące wydarzenia